Aktualności Opowieści o Budrysie

Z psiego życia wzięte. Część 9

Wracaliśmy do domu z długiego spaceru, a ja – z braku lepszych zajęć i trochę wrednego nastroju – pastwiłem się nad moim futrzastym kumplem.

– Taaaaki jestem groźny! Znowu pogoniłem yorka i dwa koty, no normalnie taaaki jestem kozak – ironizowałem, co jakiś czas podszczypując psa w merdającą kitę. – A jak pojechaliśmy do Sopotu i zostałeś na godzinę w domu, to było wycie na pół bloku. Mała psiunia została pierwszy raz sama, ojej, ojej…

– Nic nie rozumiesz, jak zawsze – Budrys popatrzył na mnie takim wzrokiem, jak w niedzielę, gdy próbowałem dać mu kawałek jabłka zamiast parówki. Jego miny nie dało się odczytać inaczej, niż „przestań, bo jesteś żenujący”.

Zatrzymaliśmy się na obrzeżach wielkiego placu budowy. Usiadłem na kawałku palety, a Budrys, po obwąchaniu starej betoniarki i zjedzeniu pokaźnej kępy trawy, położył się obok, opierając pysk na moich kolanach.

– Pamiętasz jak poleciały ci łzy, gdy po raz pierwszy, odkąd u ciebie jestem, położyłem się na grzbiecie i odsłoniłem brzuch? Pamiętasz? No co nie? Przecież widziałem… Ryczałeś jak bóbr, nie jestem ślepy – pies przysunął futrzasty tyłek bliżej i mocniej wtulił się nogi.

– Bo tak naprawdę to ja właśnie pod koniec tego wyjazdu poczułem się naprawdę bezpieczny. Pękła ostatnia bariera. Zrozumiałem, że nigdzie mnie nie wywieziesz i nie zostawisz, że nie muszę się bać ani podróży, ani nowych miejsc.

– No tak… Ty na serio myślałeś, że nie chcę wejść do samochodu, bo się go boję? Nie, to nie tak. Ostatnio jak jechałem tak długo, moje życie zmieniło się o 180 stopni. Trafiłem do ciebie. Dziwisz się, że jak znowu wsiadłem w samochód na kilka godzin, to trochę się przestraszyłem…? No… a potem weszliśmy do nowego domu, a wy sobie poszliście – pies patrzył na mnie swoimi czarnymi ślepiami, jakoś tak inaczej niż zwykle.

– No wiem – trochę spanikowałem, piszczałem, ale… spróbuj mnie zrozumieć. Teraz już wiem, że nieważne gdzie mnie zabierzesz – jeżeli wychodzisz, to wiem, że zawsze wrócisz.

– Pamiętasz plażę? Wiem, wiem… wkurzyłeś się, bo się wyrwałem i biegałem jak pieprznięty po piasku. Ale… to był właśnie ten dzień, wiesz? Ja już wiedziałem, że jest ok, że nie muszę się niczego bać. Dotarło do mnie, że nie jestem u ciebie na chwilę, że jestem częścią twojego życia. Pamiętasz? To wtedy wywaliłem brzuch do góry i bawiłem się z tobą jak szalony. Zauważyłeś, że od tego dnia, jak wychodziliście, to już nie wyłem? Spałem sobie – tak samo, jak robię to w naszym domu. Zresztą to ty dzielisz to wszystko na dom, mieszkanie, wyjazd, samochód, hotel, knajpę. Dla mnie to już bez znaczenia. Bylebym był „zawsze tam, gdzie ty”.

Budrys wstał, otrzepał się i przejechał jęzorem przez mój policzek, nos i pół oka. – No już, chłopaki nie płaczą. Chodź do domu, parówki się same nie zjedzą.

Tuptaliśmy tak przez Wilanów, zatrzymując się przy każdym drzewie i niektórych krzakach. Zaliczyliśmy również dwa krótkie sprinty w kierunku chodzących bez smyczy yorków. Budrys machał szczęśliwy ogonem, a ja uświadomiłem sobie, jak bardzo te 40 kg futra zmieniło moje życie.

Please follow and like us: