Aktualności Opowieści o Budrysie

Z psiego życia wzięte. Część 11

– Serio? Przestraszyłeś się renifera zrobionego z gałązek choinki? Taki duży pies? – patrzyłem z niedowierzaniem na wysprzątaną wczoraj kuchnię, która wyglądała, jakby przeszła po niej trąba powietrzna

Budrys delikatnie wysunął swój kudłaty łeb zza kanapy, zrzucił językiem ostatnie igiełki świerku z nosa i z podkulonym ogonem podszedł do miejsca zbrodni.

– No bo idę sobie wieczorem do michy, bo mnie suszyło po paszteciku, no i…

– JAKIM PASZTECIKU? – wydarłem się grzecznie

– Oj leżał na stole, pewnie uciekł z lodówki, to go zjadłem, nie wnikaj – pies starał się załagodzić sytuację, ale widząc, że stoi na straconej pozycji, wrócił do zeznań (a ja w myślach doliczyłem do strat blachę pasztetu)

– No i idę sobie po ciemku do tej michy, a tu nagle… no las czuję. Stary, jakbym się znalazł nagle na spacerku… Tuptam w kierunku tego lasu i łapą wcisnąłem włącznik od lampki, zrobiło się jasno, podnoszę łeb i stoję nos w nos z tym refenirem.

– RENIFEREM!

– No, jak zwał, tak zwał… no i się wystraszyłem, a Ty byś się nie wystraszył?! No szczerze powiedz: budzisz się w nocy, sięgasz po tą swoją szklaneczkę z wodą, a tu nagle robi się jasno, a szklaneczkę podaje Ci wielki, gruby dziad z białą brodą i worem na plecach.

– Mikołaj, a nie dziad! – krzyknąłem, ale tym razem już płacząc w duszy ze śmiechu, wyobrażając sobie własną reakcję na stojącego w nocy obok mojego łóżka grubasa.

– Dobra, wszystko rozumiem, ale serio musiałeś wskoczyć na suszarkę z praniem? Wszystko jest w kłakach – powiedziałem, podnosząc z ziemi oblepione futrem koszulki, bluzy i świąteczne gacie w mikołajki i… renifery.

– A bo to ja patrzyłem gdzie skaczę? Odskoczyłem jak oparzony, przywaliłem łbem w kanapę, nadepnąłem sobie łapą na ogon i wtedy to już się w ogóle wystraszyłem, bo myślałem, że to refenir mnie złapał. A potem to już był galop przed siebie, człowieku… jak ja biegłem… – Budrys zakończył opowieść machając kitą z emocji i nie spuszczając wzroku z zielonego renifera.

Westchnąłem ciężko, podniosłem suszarkę i ułożyłem stertę ciuchów na łóżku. 1,5 godziny później kuchnia znowu wyglądała względnie ok, renifer stał na wysokim stole poza zasięgiem wzroku (i nosa) psa, a ja zasuwałem rolką po kolejnych ubraniach ściągając z nich włosy sierściucha.

Sprawca zamieszania leżał pod choinką i jak zahipnotyzowany gapił się w migające lampki. Odłożyłem rolkę i patrzyłem na to kochane futro przez kolejnych kilka chwil. Uświadomiłem sobie, że to przecież nasze pierwsze święta, że jeszcze rok temu Budrys spał z matką w zimnej budzie. Dzisiaj i on, i Bryśka wylegują się w ciepłych domach, a ich problemami są atakujące w nocy iglaste renifery, kończący się (chwilowo) pasztet w tubce i szczekające jorki sąsiadów.

Psiak przesunął swój wielki łeb w drugą stronę i popatrzył na mnie. Siedzieliśmy tak przez chwilę w milczeniu, a potem wstał, podszedł i położył mi łeb na kolanach.

– Kocham Cię, futrzaku – szepnąłem mu do ucha.

– Ja Ciebie też! – szczeknął Budrys, wskoczył na kanapę i… usiadł na ubraniach.

Wesołych świąt 🙂

Please follow and like us: