Aktualności Dzieje się w Polsce

Potwór zwrócił psa do schroniska. Tylko czy na pewno potwór…?

„Kolejny pies wrócił do schroniska tydzień po adopcji. Ludzie to podłe szmaty bez uczuć.” – to cytat z fanpage’a jednego ze schronisk. Czasami faktycznie tak jest i winny jest nieodpowiedzialny człowiek. Czasami, bo na pewno nie zawsze.

– Karolina! Co mam zrobić z tym cholernym psem, jak on nie chce wyjść na klatkę? – Justyna, dlaczego Budrys ma chore uszy i gardło? Podobno był badany? I dlaczego do cholery non-stop liże podłogę? Karolina, co mam zrobić, żeby on zjadł cokolwiek, napił się i przede mną nie uciekał? Justyna dlaczego….

Tak wyglądały moje pierwsze dni z Budrysem. Jeszcze nie ochłonąłem po wojnie, jaką musiałem stoczyć ze schroniskiem żeby w ogóle go dostać, a w momencie w którym wszedł do mnie do domu, zrobiło się „wesoło”. Szybko się okazało, że pomimo przeczytania kilku książek, śledzenia internetowych for, nie mam pojęcia jak zająć się blisko 40 kilogramowym futrzastym potworem, który jest jeszcze bardziej zdenerwowany ode mnie, bo w wieku 8 lat pierwszy raz wszedł do mieszkania w bloku.

Miałem, a raczej – mieliśmy z Budrysem – masę szczęścia. Szczęście nazywało się Karolina i Justyna, które odbierały od spanikowanego matołka telefony w środku nocy i spokojnie tłumaczyły co mam zrobić, z czym iść do weterynarza, a z czym nie. Co więcej – Karolina przyjechała dzień po adopcji i uczyła psa jak wyjść na dwór, a Justyna tłumaczyła, zachowując anielską cierpliwość, dlaczego nie należy psa zagłaskiwać na śmierć, co to jest lęk separacyjny i dlaczego zaraz po wejściu do domu nie powinienem całować psa w nos.

Szczęście miałem również z samym Budrysem. Otóż trafił mi się futrzasty egzemplarz, który niczego nie niszczył, nie wył zostając sam w domu, nie gryzł dzieci i spotykanych na ulicy ludzi i nie atakował psów (no dobra, zjada i zjadał jorki).

Jak wspominam pierwszy miesiąc z Budrysem? Dzisiaj cudownie i śmieję się z własnej głupoty. Wtedy? To był koszmar. Nie doszedłem co prawda do momentu, w którym nawet zastanawiałbym się nad oddaniem go z powrotem, ale byłem przerażony i – mówiąc wprost – wkurwiony. Wkurwiony, bo w schronisku wnikliwie analizowano czy Budrys może do mnie trafić z powodów ideologicznych (serio…), ale nikt nie zadał sobie trudu, żeby poświęcić mi 10 minut i uprzedzić czego mogę się spodziewać w domu. O wydaniu psa z zapaleniem ucha i gardła nawet nie wspominam.

Dlaczego się udało? Bo jestem uparty i tak jak napisałem wyżej – trafiłem na dwie cudowne dziewczyny, które (mając mnie już pewnie po dziurki w nosie) cierpliwie odbierały moje telefony i pomagały – aż się nauczyłem.

Ile osób wstydzi się zadzwonić? Ile osób budzi się dzień po adopcji z wielką kupą na środku pokoju i znerwicowanym psem, który w nocy zjadł połowę drzwi i ugryzł dziecko? Codziennie czytam na różnych profilach o „okropnych ludziach, którzy oddali psa po tygodniu”. Czytam o potworach, którzy „nie przemyśleli, zabrali psa do domu i niczym bezwzględny gestapowiec – oddali go z powrotem”. Dla psa to koszmar – to prawda. Ale zastanawialiście się kiedyś, czy w takich sytuacjach na pewno wszystko jest takie oczywiste? Z ręką na sercu – czy każdy z Was, wyjeżdżając ze schroniska z „cudownym łagodnym pieseczkiem”, który na drugi dzień radośnie „zaatakował” małe dziecko – wiedziałby co robić i jak spowodować, żeby w domu było bezpiecznie? Ilu z Was umiałoby ocenić (bez pomocy behawiorysty) czy pies faktycznie jest agresywny czy po prostu… sam się przestraszył? Ja bym wtedy nie umiał, tego jestem pewny.

Są schroniska, w których adopcja to świetnie zorganizowany proces (pozdrawiamy Toruń), a są takie, w których psa wydaje znudzony pracownik odliczający czas do fajrantu. Są miejsca, z których zwierzęta są wypychane na siłę, a ich prawdziwy charakter często jest ukrywany. Później jest dramat i pies wraca do schronu. Czasami jest jeszcze lepiej – wkurzeni pracownicy/wolontariusze wrzucają na FB zdjęcia psa i piszą: Pamiętacie adopcje sprzed tygodnia? Niestety, nieodpowiedzialny kretyn zwrócił psa. Ludzie sprawdzają historię profilu, odnajdują człowieka i następuje internetowy lincz.

Następnym razem kolejny człowiek, który będzie chciał oddać psa faktycznie tego nie zrobi. W obawie przed publiczną egzekucją, wywiezie go do lasu.

W Polsce tysiące ludzi walczy o poprawienie losu psiaków. Wolontariusze dwoją się i troją, żeby jak najwięcej psów trafiło do domu. I robią piękną rzecz. Bez nich, schroniska pękałyby w szwach. Co więcej – to właśnie wolontariusze są często „papierkiem lakmusowym” schroniska i jako pierwsi wychwytują nieprawidłowości w jego funkcjonowaniu.

Pytanie tylko, czy nie warto przyjrzeć się temu procesowi bliżej. Czy na pewno to wszystko działa tak, jak powinno? Moim zdaniem – nie. Wiele osób po opuszczeniu bramy schroniska jest zdanych tylko na siebie. W przypadku poważnych problemów – odpuszczają. Ale czy naprawdę możemy mieć pretensje tylko do nich?

Czy wolontariusz, który poświęca za darmo swój wolny czas i robi wszystko co umie żeby poprawić psom jakość życia powinien być osobą, na której spoczywa odpowiedzialność za podjęcie decyzji czy dana osoba zasługuje na konkretnego psa? To wolontariusz ma później odbierać telefony od przerażonych i nieświadomych ludzi, którzy chcą dobrze, ale kompletnie nie radzą sobie z sytuacją? Nie. Ci ludzie i tak dają z siebie wszystko.

W wielu przypadkach brakuje po prostu systemu, jasno określonych procedur przed i poadopcyjnych, które z jednej strony pomagałyby w dobieraniu odpowiedniego psa, a w drugiej – w sytuacji krytycznej – zapewniałyby jakiekolwiek wsparcie. Oczywiście – nigdy nie wyeliminujemy ludzi, którzy wezmą psa do domu i po trzeciej kupie na dywanie oddadzą go z powrotem. Ale możemy takie przypadki zmarginalizować. Czy to możliwe? Tak, ale schroniska muszą wziąć odpowiedzialność na siebie, a nie zrzucać wszystko na wolontariuszy.

Zapraszamy do dyskusji. Jak wyglądała Wasza adopcja? Jakie są Wasze doświadczenia? Jak Waszym zdaniem powinien wyglądać proces adopcji?

Please follow and like us: