Aktualności Dzieje się w Polsce

Nie zostawiaj psa bez opieki!

Jest ciepła niedziela. Przed wybudowanym dwa lata temu luksusowym kompleksem handlowym „Royal Wilanów”, tłumy. Dzieciaki biegają pomiędzy fontannami a trampolinami, dorośli piją alkohol lub popołudniową kawę, a na jednym z podwyższonych trawników, przywiązany do drzewa, leży pies.

Historia jakich wiele, prawda? Na fanpage’u wielokrotnie publikowałem zdjęcia psów zostawianych przed osiedlowymi sklepami, parkingami i centrami handlowymi. Posty zawsze wzbudzały skrajne emocje i rozpoczynały burzliwą dyskusję pomiędzy przeciwnikami i zwolennikami zostawiania psów przypiętych do wszelkich maści płotów i słupów.

Dyskusje zmierzały zawsze w tym samym kierunku i… kończyły się fochem, a czasami nawet odklajkowaniem profilu. Główny argument osób zarzucających mi „gorszą od faszyzmu nadgorliwość”, jest zawsze taki sam: „Ja zostawiam Pimpusia pod sklepem od lat i nigdy nie było problemów”. Super, cieszę się, ale to trochę to samo co „nigdy nie zginąłem przebiegając przez ulicę”. To wszystko działa do momentu, a później jest już za późno na myślenie.

Człowiek, który zostawił przywiązanego do drzewa psa, również do tej pory „nigdy nie miał problemów”, „pies nie był agresywny” i „od zawsze lubił dzieci”. Tylko, cholera, coś nie zagrało.

W pewnym momencie większość osób siedzących w okolicznych knajpkach, poderwała się na krzesłach. Skowyt gryzionego psa był przeraźliwy, a prowadząca czworonoga osoba (nie wiem, czy nie było to przypadkiem dziecko), nie była w stanie wyszarpać swojego psa ze zwarcia z internetowym „Piesełem”, czyli psem rasy Shiba Inu.

Jak doszło do awantury? Siedzącego pod drzewem psa notorycznie zaczepiały dzieci. Był zestresowany, bo – bez jakiejkolwiek reakcji właściciela – obce dzieci podchodziły i głaskały np. po ogonie. W pewnym momencie, w pobliżu leżącego zwierzaka znalazł się inny pies – prowadzony na smyczy. Podbiegł do „Pieseła” i zaczęła się jatka.

Na pomoc rzuciło się kilka osób, ale dobiegliśmy gdy psy zostały już rozdzielone. Prowadzony na smyczy kundelek dostał trochę po futrze, ale obyło się bez większych strat. Shiba Inu wrócił na swoje miejsce. Mimo sporego zamieszania, właściciel nie raczył podejść do psa. Nie zareagował również, gdy fotografowałem zwierzę i robiłem z bliska fotki tabliczki z numerem telefonu(?). Zerwał się ze swojego wygodnego miejsca dopiero wtedy, gdy po psa przyszedł zaalarmowany strażnik Royal Wilanów i chciał odprowadzić czworonoga w bezpieczne miejsce (swoją drogą – świetna reakcja, brawo!).

5 sekund później oburzony facet wyrósł jak spod ziemi i zdziwiony pytał ochroniarza dlaczego, do cholery, zabiera jego psa. Kolejne sekundy później, kompletnie zakrzyczany przez ludzi (ze mną włącznie) tłumaczył, że:

– w sumie to nic się nie stało

– dzieci by nie ugryzł, bo… W DOMU MIESZKA Z DZIECKIEM I NIGDY NIC MU NIE ZROBIŁ

– „a po co ktoś z psem podchodził”.

Ręce mi opadły. Ciekawe, czy miły pan mówiłby to samo, gdyby przestraszony podbiegającymi, chcącymi pogłaskać po ogonie „internetowego Piesełka”, dziećmi, psiak zaatakowałby małego człowieka…

Argumentu o miłości do dzieci wysnutego z relacji z DOMOWNIKIEM, pozwolicie, że nie skomentuję…

Po krótkiej dyskusji pan przyznał wszystkim rację i powiedział, że „być może przywiązanie psa do drzewa w takim miejscu nie było najszczęśliwszym pomysłem i nie zostało przemyślane”, zabrał psa i sobie poszedł.

Takich sytuacji w Polsce jest dziennie multum. Psy czekają przed dworcami, marketami i osiedlowymi sklepami „U pana Stefana”. I przeważnie nic się nie dzieje. Jednak za każdym razem, jest to prowokowanie losu i dostarczanie psu potężnej dawki stresu.

I pamiętajcie, że kiedyś “może się nie udać”. Warto ryzykować…?

Please follow and like us: