Aktualności

Manti – pies, który nie chciał być adoptowany

Zawsze myślałam, że adoptując psa ze schroniska robi się dla niego coś dobrego, najlepszego co mogłoby go spotkać. W tym przypadku miałam duże wątpliwości. A może powinnam napisać: czułam, że robię jej krzywdę.

21.12.2107 r. obchodziłyśmy czwartą rocznicę adopcji. Uznałam, że to dobry moment żeby opowiedzieć jej historię.

Manti w przytulisku robiła furorę. Hipnotyzujące oczy i wilcza sylwetka przyciągały wzrok. Najczęściej zadawane pytanie? Oczywiście: Kto oddał tak pięknego psa? Nikt. Manti urodziła się w schronisku.

Legendy głoszą, że urodziła ją suczka – hybryda psa i wilka – przywieziona z Kanady do Polski. Przekazywana z rąk do rąk, trafiała na opiekunów, którzy nie radzili sobie z jej półdzikim zachowaniem, aż w końcu wylądowała w schronisku. W 2011 roku zmarła, ale z informacji uzyskanych od byłych pracowników wynika, że w czasie gdy przebywała w przytulisku urodziła kilka miotów szczeniaków. Nie wiem, ile prawdy jest w tej opowieśći, ale… to jedyne informacje jakie mam o historii “Mantka”, więc… niech będzie i tak 🙂

PIERWSZE SPOTKANIE

Do schroniska przyjechałam na wolontariat,  adopcji nawet nie brałam pod uwagę. Nie miałam warunków, czasu ani kasy na zwierzaka. Po przejściu całego terenu, jak każdy, zapytałam co to za pies – “ten z niebieskimi oczami”. Byłam ciekawa co taka gwiazda robi w schronisku. W odpowiedzi usłyszałam: dzikus, nieadopcyjny. Komunikat jasny, więc temat zamknięty. I tak przez kilka miesięcy przechodziłam obok jej boksu. Ja się na nią gapiłam, ona na mnie szczekała przez kraty. Czasem wchodziłam do środka posprzątać  – taką miałyśmy relację.

W boksie siedziało 5 psów – Manti, Frida, Tito, Awa i Una. Frida była suczką, w której zauważono potencjał na oswojenie. Do tego zadania wyznaczono mnie i Karolinę. Pracownik schroniska pomógł nam zapiąć suczce smycz i tak zostałyśmy “mistrzami oswajania dzikich psów” – Frida po prostu poszła z nami na spacer.

OSWAJANIE MANTI

Skoro udało nam się “oswoić” Fridę, to przecież resztę też ogarniemy – pomyślałyśmy. Bez żadnego przygotowania, szkolenia, bez żadnych wskazówek od behawiorystów postanowiłyśmy “oswoić” Manti. Gdy pies odwrócił się z pogardą od pachnącej, ugotowanej przez nas wątróbki, byłyśmy w szoku. Nie chciała nic jeść, nie dawała do siebie podejść. Zapędzona w róg boksu z przerażeniem czekała, aż damy jej spokój. Nie wykazywała żadnej agresji. Po prostu z zapartym tchem czekała, aż odejdziemy. Ale my się nie poddawałyśmy. Pracownik schroniska pomógł nam założyć obrożę, przypiął smycz i… serce mi się zatrzymało, bo ona nie chciała pójść tak, jak poszła Frida. Manti  zapierała się czterema łapami, a on ją ciągnął. Łzy ciekły mi po policzkach. Coś w środku krzyczało we mnie “zostawmy ją w spokoju, ona nie chce!”. Jednak wyprowadził ją na kilka metrów przed boks, a ona położyła się i leżała przerażona tym co się wydarzyło. Po kilkunastu minutach odprowadziliśmy ją z powrotem i w milczeniu się rozeszliśmy. Moje przemyślenie było jedno: nie damy rady. W życiu nie widziałam tak przerażonego, dzikiego psa. Nie zdawałam sobie nawet sprawy, że takie psy istnieją, że pies może aż tak nie chcieć kontaktu z człowiekiem.

Dałyśmy jej spokój na kilka tygodni, a później znowu zaczęłyśmy ją “wyprowadzać”, wciskać parówki, gotować “cuda na kiju”, żeby tylko się do nas przekonała. Jeździłam do niej – co tydzień – 100 km w jedną stronę. Wydawało mi się nawet, że idziemy w dobrym kierunku, bo przestała wypluwać parówki, a na “spacerach” zaczęła przebierać łapami. Wtedy też dowiedziałam się, że istnieje taki zawód jak zoopsycholog/behawiorysta. Konsultowałam jej przypadek z kilkoma poleconymi specjalistami, ale nikt nie umiał mi pomóc. Nikt nie podał mi wskazówki, dzięki której nastąpiłby jakiś przełom… Przez kilka miesięcy próbowałam ją do siebie przekonać – bezskutecznie.

PRZEŁOM I DECYZJA O ADOPCJI

Minął prawie rok. Przez cały ten czas czytałam książki i artykuły na temat oswajania dzikich psów. Niestety żadne wskazówki nie sprawdzały się w naszym przypadku. Pewnego dnia, podczas rozmowy z kierowniczką schroniska, dowiedziałam się, że współpracują ze świetną behawiorystką, która prowadzi hotel dla zwierząt. Zakiełkowała we mnie myśl – “Może warto wysłać tam Manti na szkolenie. Behawiorystka mogłaby pracować z nią codziennie, poświęciłaby jej o wiele więcej czasu niż ja”. Kilka tygodni później zapadła decyzja – Manti jedzie do hotelu. Tylko co później? Przecież jak behawiorystka ją oswoi, to co dalej – “mam ją komuś oddać? W jakieś obce ręce?! Przecież to mój Mantek!”. Dlatego, zamiast jeździć 100 km do schroniska na wolontariat, zaczęłam jeździć 120 km do hotelu pod Radomiem żeby nauczyć się “obsługi” psa, którego postanowiłam adoptować.

Magda – behawiorystka, która zgodziła się zająć Manti, już w pierwszym tygodniu jej pobytu w hotelu wykonała kawał ciężkiej roboty. Pamiętam jak dziś, gdy zobaczyłam jak suczka pierwszy raz idzie za człowiekiem. Co więcej, zobaczyłam jak z własnej woli bierze od człowieka smakołyk. Od tamtej pory, co tydzień, Magda uczyła mnie wszystkiego. Jak ustawiać się obok psa, jak patrzeć, z której strony podchodzić, jak podawać smakołyk, kiedy się odwrócić – nie wiedziałam nic, a ona była najlepszą specjalistką. Miałam masę szczęścia.

Z tygodnia na tydzień Manti i Magda mnie zaskakiwały. Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz zobaczyłam Manti biegnącą kłusem po zaoranym polu – ogon zadarty do góry, jęzor na boku i ten dziki pęd. Była szczęśliwa, a ja – jak ta głupia – znowu ryczałam. Tym razem jednak – ze szczęścia.

Dziewczyny robiły coraz większe postępy a ja nie mogłam się doczekać, kiedy ją zabiorę. Chodziłyśmy razem na szkolenia, uczyłyśmy Manti życia w mieście, obcowania z innymi ludźmi i psami. Manti spędziła w hotelu 4 miesiące.

ADOPCJA

W końcu nadszedł TEN dzień. W drodze do hotelu zaczęły nachodzić mnie myśli: czy ja sobie poradzę? Przecież nie jestem behawiorystą. Co ja zrobię, jak ona spanikuje i nie będzie chciała wychodzić na spacery? Przecież to Magda jest jej opiekunem. Do tej pory, wszystko co robiłam, robiłam pod czujnym okiem specjalistki, która w każdej chwili mogła skorygować moje zachowanie. Bałam się, że zepsuję całą jej pracę. Ale odwrotu nie było.

Na moje szczęście Manti bardzo szybko zaakceptowała zamianę. Ogromnym ułatwieniem było to, że zamieszkała z drugą suczką – Tundrą, w której pokładałam wielkie nadzieje. Wierzyłam, że Tundra pokaże Manti, że nie ma się czego bać i nauczy ją psich zachowań. Trochę tak było. Manti zaczęła kopiować zachowania Tundry, ale cały czas trzymała dystans. Jeszcze przez wiele miesięcy oswajała się z dotykiem, dużo dźwięków i niespodziewanych ruchów wywoływało u niej ogromny stres. Dopiero po około pół roku przywitała mnie w drzwiach z merdającym ogonem. Byłam w szoku, nie spodziewałam się, że to kiedykolwiek nastąpi. Cieszyłam się i płakałam ze wzruszenia (tak, wiem – znowu). Tak bardzo chciałam, żeby ona mnie po prostu polubiła.

Dzisiaj, po czterech latach wspólnego życia, Manti jest dla mnie normalnym psem. Celowo napisałam “dla mnie”, ponieważ każda nowa osoba zbliżająca się w jej kierunku w dalszym ciągu wywołuje ogromny stres. Manti już zawsze będzie się bała obcych ludzi. Nie zmuszam jej do kontaktu z nimi, jednak są osoby, z którymi czasem musi się oswoić, a to wymaga cierpliwości, zrozumienia i oczywiście kilogramów smakołyków. Proces oswajania z nowymi osobami trwa o wiele krócej niż kiedyś, ale Manti z własnej woli nie zbliży się do nieznajomego.

Bardzo często zastanawiam się, czy Manti nie byłaby bardziej szczęśliwa, gdyby została w schronisku. Oczywiście komfort jej życia, z mojej perspektywy, znacznie się poprawił, ale… mam świadomość, że dla tego psa człowiek mógłby nie istnieć. Wielokrotnie stawiałam sobie pytanie, czy zrobiłam to dla niej, czy dla siebie…

Ta adopcja nie tylko zmieniła los psa. Zmieniła również moje życie. Skończyłam studia na kierunku psychologii zwierząt. Mam też za sobą seminaria z pracy z psem lękliwym, pracy z psem ze schroniska oraz setki godzin spędzonych na pracy z Manti i innymi, trudnymi psami. Dzięki temu teraz ja mogę pomagać opiekunom zrozumieć ich psy. Czasami czuję, że spłacam w ten sposób swój “dług”. Może teraz dzięki mnie ktoś zatrzyma się na dłużej przy klatce z “nieadopcyjnym psem”.

 

Please follow and like us: