Aktualności Dzieje się w Polsce

Adopcja z nowotworem w pakiecie

Nigdy bym nie napisała, że któraś z przeprowadzonych przeze mnie adopcji była łatwa. Ale z ręką na sercu mogę napisać, że adopcja Zojki była jedną z najtrudniejszych w moim życiu.

W maju 2017 roku cała Polska mogła poznać historię Bosmana, który po adopcji uciekł z domu i przemierzył 25 km, żeby wrócić do schroniska i do swojej towarzyszki niedoli – Zojki. Występ w telewizji oraz kilkanaście artykułów w prasie rozpaliły w nas ogromne nadzieje na nowe domy dla tych staruszków. Sprawa jednak szybko ucichła, a zwierzaki kolejne miesiące spędzały za kratami.

Lato minęło i zaczęło się robić zimno. Pojechałam do schroniska, żeby zrobić zdjęcia nowym podopiecznym. W boksach szczeniaków spędziłam najwięcej czasu. Miałam wrażenie że to one potrzebują mnie najbardziej. Chciałam im pokazać, że nie są tam same, dać im nadzieję. Bosmana i Zojki nie planowałam odwiedzać tego dnia, ale wolontariuszki poprosiły mnie o pomoc, ponieważ chciały wyjść z Bosmanem na spacer. Zapytałam wtedy: “Dlaczego tylko z Bosmanem? A Zoja?” – w schroniskach praktyka jest taka, że jeśli zabieramy psa na spacer, to wychodzą wszystkie psy, które z nim siedzą. W odpowiedzi usłyszałam – “Ona nie da rady pójść”. I dopiero wtedy na nią spojrzałam. Cieszyła się, stała na tych swoich starych, koślawych łapach. Gdy zobaczyła że furtka za Bosmanem się zamyka, posmutniała. Odwróciła się i “poszła” do budy. Łapa za łapą, chwiejąc się i upadając na zadek jakoś się doczłapała. Wolontariuszki miały rację – nie dałaby rady. Usiadłam z nią chwilę, podałam smakołyk, pogłaskałam, zrobiłam kilka zdjęć i pojechałam do domu.

Kilka dni zastanawiałam się jak “ugryźć” ten temat. Kiedyś prowadziłam dom tymczasowy dla starych i chorych psów. Niektóre z nich nawet przez pół roku nie mogły znaleźć nowego opiekuna, a były zdrowe i nauczone życia w mieszkaniu. Mając świadomość, że takich psów jak Zoja w schroniskach są setki, że każdy z nich potrzebuje domu “na już”, zastanawiałam się jak mam sprawić, żeby to właśnie ją ktoś pokochał. I napisałam po prostu to, co czułam:

“Psiak ze zdjęcia to Zoja – podopieczna Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Żyrardowie im. psa Kazana. Podczas ostatniej wizyty w schronisku zajrzałam do niej i do Bosmana, z którym dzieli boks. Bosman właśnie wychodził na spacer. Zapytałam – dlaczego Zoja zostaje? Odpowiedź wolontariuszki – Bo ona nie da rady pójść na spacer. I wtedy na nią spojrzałam. Stała, merdała ogonem. Chciała pójść. Ale tylne łapy odmówiły posłuszeństwa. Gdy zorientowała się, że ona zostaje odwróciła się i „poszła” w stronę budy. Ten widok złamał mi serce. Przednie łapy dźwigały ciężar jej ciała. Tylne, każda w inną stronę, starały się dociągnąć tych kilka metrów. Położyła się w budzie, a uśmiech ze zdjęcia wywołał smakołyk, który miałam w kieszeni i podałam jej na pocieszenie… Uświadomiłam sobie, że ten pies przegrał życie… nikt się w niej w porę nie zakochał… nikt jej w porę nie przygarnął i teraz pewnie umrze w schronisku…  Ale w drodze do domu naszła mnie myśl – po co ja to robię? Po co prowadzimy ten fan page? Po co Was tu wszystkich zaciągnęliśmy i codziennie wrzucamy zdjęcia szczęśliwych adoptowanych kłaków. Właśnie po to – żeby mieć siłę przebicia w takich – beznadziejnych przypadkach. Sami nie znaleźlibyśmy jej domu. Ale mamy Was!!! Prawie 60 tys. przyjaciół piesełów! Kochani, ona potrzebuje domu natychmiast! Domu pełnego ciepła, cierpliwości ale też domu, który finansowo udźwignie opiekę nad takim niedołężnym staruszkiem. Macie moc! UDOSTĘPNIAJCIE!”

7 listopada post poszedł w świat. Został udostępniony dokładnie 1721 razy i zobaczyło go 150 tys. osób. Wśród nich była TA JEDNA – Kamila. Napisała do nas e-mail, który – jak się później okazało – nigdy do nas nie dotarł. Ale historia Zojki tak bardzo ją poruszyła, że napisała do nas kolejną wiadomość, tym razem na facebook’u. Poza pytaniami, jakie Kamila zadawała na temat psa, w pamięci utkwiło mi zdanie: “od dwóch dni nie śpię przez nią po nocach”. I mimo tego, że jeszcze nie zapadła żadna decyzja, ja już wiedziałam, że Zoja ma dom – taka zawodowa intuicja. Na podstawie informacji otrzymanych ze schroniska, odpowiedziałam Kamili na wszystkie pytania dotyczące stanu zdrowia Zojki. Umówiłyśmy się na rozmowę telefoniczną, a po niej już właściwie nie było żadnych wątpliwości. Zojka jedzie do Kołobrzegu!!!

Gdy nadszedł dzień wyjazdu, bardzo się stresowałam – zawsze denerwuję się adopcją starych psów. Boję się nie tylko o to czy nowy dom sobie poradzi. Boję się również o to, czy ze zmianą całego życia poradzi sobie pies. Całą drogę nad morze byłam w kontakcie z nową opiekunką Zojki. Wysyłałam zdjęcia z każdego przystanku, filmik jak ta niedołężna staruszka tarza się w trawie na stacji benzynowej. Ponieważ Zoja ma bardzo słabe łapy, po każdym spacerze podnosiłam ją i wkładałam do bagażnika. Podnosząc ją na trzecim przystanku ugięły mi się nogi…

Na jej brzuchu poczułam dużą, twardą kulkę. Guz, jak nic – pomyślałam. Zrobiło mi się gorąco. Nie wiedziałam co mam zrobić. Kamila bardzo szczegółowo pytała, czy Zoja oprócz chorych stawów ma stwierdzone jakieś choroby. Pytała również o nowotwory. Ale zgodnie z posiadanymi informacjami odpowiadaliśmy, że poza stawami nic jej nie dolega. W polskich schroniskach nie ma pieniędzy na profilaktyczne badania. Jeśli u psa nie występują żadne objawy chorobowe, to nie jest on szczegółowo badany. Wiedziałam na pewno, że muszę poinformować o tym Kamilę, zanim dojedziemy na miejsce. Nasz fanpage i ta strona powstały po to, by promować ideę świadomej adopcji. Sami byliśmy w sytuacji, gdy adoptowaliśmy “zdrowego” psa, a po kilku dniach okazało się, że cierpi na całą listę chorób. Spojrzałam na Zojkę ze łzami w oczach i wybrałam numer do Kamili.

Mój monolog trwał dosyć długo. “Dopiero to wyczułam”, “nie wiem co to może być, ale wygląda na nowotwór listwy mlecznej”, “jeśli jest złośliwy to mogą być przerzuty” i zdanie, które kosztowało mnie najwięcej: “oczywiście zrozumiem, jeśli zrezygnujesz z adopcji“. Na szczęście trafiliśmy na anioła. Kamila powiedziała, że absolutnie nie bierze takiej opcji pod uwagę. Zdecydowała się na adopcję starego psa, więc założyła, że prędzej czy później Zojka na coś zachoruje. Nie spodziewała się jednak, że to będzie tak szybko.

Późnym popołudniem dojechałyśmy do Kołobrzegu. Zoja całą podróż spokojnie przespała. Na miejscu czekała na nas Kamila z rodziną i ich suczką, Sarą. Nie wiem czy to dodatkowy zmysł, doświadczenie, czy intuicja… ale gdy się z nimi przywitałam, wiedziałam że Zoja nie mogła trafić lepiej.

Guzki na brzuchu okazały się być guzami listw mlecznych. Po wnikliwej diagnozie, weterynarz podjął decyzję o zabiegu (w przypadku takich starych psów trzeba zbadać serce, zrobić badanie RTG i USG, żeby móc ocenić, czy organizm zwierzaka poradzi sobie z narkozą). Suczka jest już po operacji i powoli dochodzi do siebie. Na szczęście nie było żadnych przerzutów i Zoja może spokojnie korzystać z przywilejów domowego psa!

Historia Zojki jest kolejnym dowodem na to, że decydując się na adopcję należy przygotować się na każdą okoliczność. Nie tylko na zabawy z psem, przytulanie się do niego i wielogodzinne spacery, ale też na walkę o jego zdrowie i życie. Jest również dowodem na obecność aniołów wśród nas. 

Kilka tygodni po adopcji Zojki, Bosman również pojechał do nowego domu. Historię jego adopcji znajdziecie tutaj.

Please follow and like us: